Recykling w szarej strefie

Gdy go kupujemy, lśni lakierem i chromami, pachnie nowością, zachwyca wygodą i przemyślanymi rozwiązaniami. W kilkanaście lat później to już tylko setki kilogramów kłopotliwych odpadów, z którymi ostatni właściciel nie bardzo wie, co począć.

złom

złom

 

 

 

 

 

Mowa oczywiście o samochodzie. W nowoczesnej racjonalnej gospodarce nie powinno być tak, by wyeksploatowany pojazd dogorywał gdzieś pod płotem czekając, aż go ostatecznie pokona korozja. Zasoby surowców nie są nieskończone, a to, z czego składa się auto, aż w 90–95 proc. nadaje się do ponownego przerobu. Części metalowe powinny trafić do hut, tworzywa sztuczne po zmieleniu można wykorzystać do wyrobu mniej eksponowanych elementów wyposażenia, a tapicerkę użyć np. jako półfabrykat w produkcji mat głuszących.

Dzięki odpowiednim technologiom daje się ponownie wykorzystać groźne dla środowiska naturalnego płyny eksploatacyjne. Opony mogą posłużyć jako opał w cementowniach albo sproszkowany dodatek do mas asfaltowych poprawiający ich przyczepność. A wiele mechanizmów, łącznie z silnikami i przekładniami, nadaje się do regeneracji i ponownego użycia.

Wchodząc do Unii Europejskiej Polska musiała zaakceptować i wprowadzić do swego ustawodawstwa szereg tzw. dyrektyw dotyczących gospodarki odpadami, w tym także wycofanymi z eksploatacji samochodami. Wzorem “starych” państw unijnych mieliśmy stworzyć sieć wyspecjalizowanych stacji zajmujących się ich recyklingiem, a na pokrycie kosztów funkcjonowania całego systemu przeznaczona została specjalna 500-złotowa opłata, ściągana od każdego auta przy jego pierwszej rejestracji w Polsce. Zdaniem Adama Małyszki, prezesa stowarzyszenia Forum Recyklingu Samochodów FORS, udało się. W trzydziestu procentach.

– Według naszych szacunków tylko 30 proc. pojazdów wycofanych z eksploatacji trafia do stacji demontażu, przy czym zaledwie 30 proc. przyjmowanych do stacji pojazdów to pojazdy kompletne. W dodatku nie więcej niż trzy stacje na dziesięć spełniają minimalne warunki ustalone w przepisach. Ogromna większość samochodów kwalifikujących się do demontażu rozpływa się w szarej mgle. Ściślej: w szarej strefie. O niektórych mechanizmach opowiada mi osoba dobrze znająca tę problematykę.

– Pan X chce się pozbyć starego Poloneza, który od lat tkwi na parkingu przed blokiem. Powinien zgłosić się do stacji demontażu, ale nawet nie wie, że taka instytucja istnieje. Idzie więc do najbliższej składnicy złomu, gdzie słyszy, że może dostać za swoje auto po 30 groszy za kilogram. Jest zachwycony, bo pozbędzie się kłopotu i jeszcze zarobi. Ale pracownik składnicy stawia warunek: pan X sprzeda wrak wskazanej osobie. Umowa zostaje spisana, samochód znika z parkingu, pan X w majestacie prawa wyrejestrowuje swego Poloneza i zrywa umowę z firmą ubezpieczeniową. A nowy właściciel to osoba nieistniejąca, z fikcyjnymi personaliami i adresem. Ślad się urywa. Zaś w składnicy złomu auto zostaje pocięte bez oglądania się na przepisy i normy ekologiczne. Bywa, że ktoś w składnicy doradza panu X by wcześniej podpalił samochód na parkingu: ogień rozwiąże problem z oponami, tapicerką, elementami z tworzyw sztucznych, osłonami kabli itp.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | Skomentuj